Szukaj na tym blogu

środa, 8 stycznia 2014

Nie ucz się angielskiego z podręczników i ćwiczeń jak chcesz mówić szybciej niż inni!

Wracamy do tematu nauczania i uczenia się angielskiego z podręczników. Od razu chcemy zaznaczyć, iż to co napiszemy poniżej nie oznacza, że książki do nauki języków obcych to samo zło. Są pewne rzeczy, które warto w nich wykorzystać ale podręcznikowe podejście nie może być główną drogą jaką należy się kierować. Dzisiaj chcemy was poinformować dlaczego nie zawsze warto wierzyć w podręczniki i ćwiczenia do nauki języka angielskiego szczególnie gdy chcemy zacząć mówić po angielsku tak szybko jak to tylko możliwe.

Masa reguł gramatycznych do przetrawienia i zapamiętania


Podręczniki do angielskiego są pełne teorii związanej z zagadnieniami gramatycznymi, które potrafią przytłoczyć człowieka na samym początku jego przygody z tym jakże użytecznym językiem. W rzeczywistości gramatykę najlepiej jest poznawać przy okazji drobnymi partiami w oparciu o własne potrzebny a nie tempo narzucone przez osoby, które napisały dany kurs. Pracując z uczniami w oparciu o materiały przygotowywane specjalnie dla nich i odkładanie teoretyzowanej gramatyki na dalszy plan zauważamy, iż przyswajanie języka przychodzi im znacznie łatwiej niż w sposób uznawany za tradycyjny.

Książki są nudne dla znakomitej większości uczniów


To gorzka prawda dla autorów ale nikt nie jest w stanie przewidzieć czym kto się interesuje i com może być w danej chwili ciekawe. Dodatkowo ćwiczenia czy typowe podręczniki zawierają specjalnie modyfikowane teksty często zbudowane jako zadania do rozwiązania a nie do po prostu przeczytania załóżmy interesującego artykułu. Dlaczego mamy czytać coś czego nie lubimy, co leży zupełnie poza naszymi zainteresowaniami skoro w Internecie możemy znaleźć ogrom informacji, które będą spełniać nasze oczekiwania? Co więcej sieć daje nam możliwość dostępu do materiałów różnego typu co znacznie ułatwia poznawanie języka.

Lubisz mówić językiem, którego nikt nie używa?


Sztuczne dialogi i nieautentyczne słownictwo to również domena podręczników do nauki języków obcych. Na szczęście nieco się to zmienia ale często jest tak, że wydania są tak przestarzałe, iż nie są w stanie reagować na zmiany w języku angielskim, który jest niezwykle żywy i co roku bogaci się o nowe zwroty. Zdarza się, iż native speakerzy nie rozumieją pewnych wyrażeń podawanych im przez uczniów, którzy pilnie uczyli się z podręczników.

Ćwiczenia, zadania, testy...


No tak, jak podręcznik to musi być w nim pewna liczba różnego rodzaju zadań do rozwiązania. Generalnie rzecz biorąc to 80% takiej publikacji stanowią właśnie różnego rodzaju testy. Ktoś sobie kiedyś wymyślił, że jak mamy kogoś, kto się uczy to trzeba go ciągle sprawdzać! Nie inaczej jest z językiem. Otwórzmy jakiś podręcznik i zdamy sobie sprawę z tego jak wiele jest tam form sprawdzania wiedzy. Czyż my nie chcemy po prostu spokojnie się uczyć? Gwarantujemy, iż jesteśmy w stanie opanować każdy język obcy bez ciągłego sprawdzania wiedzy w ich zakresie! Kolejna sprawa to starta czasu, który można tak naprawdę przeznaczyć na mówienie.

Brak naturalności 


Książkowe kursy do angielskiego są przeważnie wyposażone w podręcznik, ćwiczenia plus materiały audio. No właśnie. Na ile są one realne? Niestety 99% z nich to nagrania tworzone właśnie na potrzeby tego typu kursów co powoduje, iż są one bardzo nienaturalne. Tak, niestety mamy do czynienia z nienaturalnym językiem angielskim. To właśnie stąd ludzie uczący się angielskiego w oparciu o podręczniki mają problem ze zrozumieniem ludzi po wyjeździe do UK czy USA. Porównajmy sobie sami jak brzmi język książkowy a jak ten codzienny jaki słyszymy z ust prawdziwych anglików czy amerykanów.

Więc jak uczyć się angielskiego?


Zapewne znalazłoby się i więcej tego typu wad. Warto jednak w sposób szczególny pomyśleć nad wnioskami, które się nasuwają. Mowa oczywiście o nauce języka angielskiego w oparciu o nasze zainteresowania w odpowiednim dla nas tempie z wykorzystaniem materiałów, które będą jak najbardziej odzwierciedlały język rodowitych mieszkańców krajów anglojęzycznych. Jeśli mowa o gramatyce to warto mieć lektora, który będzie potrafił nas jej nauczyć niejako przy okazji bez nadmiernego teoretyzowania i ćwiczeń, szczególnie tych bezsensownych. Najlepsze w tym wszystkim jest to, iż takie podejście działa świetnie patrząc na postępy uczniów, którzy zaufali aby iść tą drogą.   

sobota, 4 stycznia 2014

Jak może podrożeć nauka angielskiego w 2014 roku - przykład

Widmo wzrostu cen za naukę angielskiego


Parę dni temu pisaliśmy o możliwych wzrostach cen za naukę angielskiego, które mogą być spowodowane oskładkowaniem sławetnych umów śmieciowych. My w poprzednim artykule wyjaśniliśmy, iż sprawa dotyczy głównie kontraktów o dzieło, które zdecydowanie były i jeszcze nadal są najtańszą formą zatrudnienia. Dzisiaj chcielibyśmy nieco bardziej zobrazować sytuację jaka może wyniknąć dla wszystkich zainteresowanych nauką szczególnie tradycyjną nauką języka angielskiego, czyli zajęciami w szkołach językowych, angielskim u klienta indywidualnie, ofertą dla przedszkoli itp. Pewny wzrost cen może też dotyczyć nauki angielskiego przez Skype ale tutaj sytuację nieco ratują różne czynniki o których niebawem damy znać.  

Nauka bez ZUS


Na początek rozważmy stan obecny i weźmy za przykład lektora, który na podstawie umowy o dzieło zarabia 30 zł za lekcję na rękę i pracuje ucząc dzieci tradycyjnie w grupach 8 osobowych (przykład zupełnie hipotetyczny). Dla pracodawcy jest to koszt dokładnie 35 zł uwzględniając naliczany podatek, który musi zostać odprowadzony (30 zł wynagrodzenie + 5 zł podatku). Co może się zatem stać przy nałożeniu składek na tego typu umowę?

Nauka angielskiego z ZUS-em

Teraz szkoła chce nadal płacić swojemu lektorowi 30 zł na rękę ale jednocześnie odprowadza wszystkie składki na ZUS. Zatem aby to uczynić musi zwiększyć swoje koszty do poziomu aż 48,22 zł. Ta kwota to koszt jaki pracodawca musi ponieść aby zapłacić 30 zł do ręki swojemu nauczycielowi za jednostkę lekcyjną. Jak widzimy różnica jest ogromna a pamiętajmy, iż 48,22 zł to nie jest ostateczna cena dla klienta lecz tylko sam wydatek szkoły, która musi jeszcze naliczyć swoją marżę aby cokolwiek zarobić. 

Czy są jakieś rozwiązania?


Porównajmy zatem. W pierwszym przykładzie mieliśmy 35 zł a w drugim aż 48,22 zł co daje różnicę 13,22 zł! Jak widać jest to ogromna zmiana w cenie. Jeżeli umowy tego typu zostaną w pełni obciążone składkami ktoś te różnicę cenową będzie musiał pokryć. Jakie są opcje? Pierwsza z nich to obniżenie wynagrodzenia dla lektora o prawie 10 zł co wydaje się być kpiną. Druga to przerzucenie kosztów na klientów, którzy w pewnym sensie pokryją różnicę. Zachodzi tu jednak pytanie czy to nie spowoduje ich ucieczki w szarą strefę na prywatne korepetycje za 20-25 zł za lekcje ze studentami? Istnieje wielce wysokie prawdopodobieństwo właśnie takiej sytuacji. Trzecim rozwiązaniem byłoby przejęcie kosztów przez pracodawcę ale szczerze rzecz ujmując jest to niemożliwe przy tak dużym wzroście obciążeń finansowych. Wygląda na to, iż w przypadku tego typu scenariusza nikt nie będzie zadowolony poza rządem, który myśli, że na tym zyska. Naszym zdaniem może stać się jak zwykle odwrotnie. Musimy jednak czekać na konkrety.